Wywiad z bp. Andrzejem Kaletą o historii piśmiennictwa misyjnego i wyzwaniach
współczesnej ewangelizacji. Rozmawia ks. Przemysław Robaszkiewicz.

Kim dla Księdza Biskupa jest dzisiaj misjonarz? Czy ta definicja ewoluuje?
Moim zdaniem teologiczna definicja misjonarza pozostaje stała: to ktoś posłany przez Kościół. Chrystus posyła Kościół, a Kościół posyła wybranych, odpowiednio przygotowanych członków, aby wypełnili konkretną misję: głoszenia Ewangelii i niesienia Chrystusa, ale też niesienia miłości w wymiarze bardzo ludzkim – dbałości o sferę materialną i życiową człowieka.
Jednocześnie ta definicja ewoluuje w kontekście kulturowym. Misjonarz musi być człowiekiem swojego czasu. Musi nieść nie tylko wiarę, ale i zdobycze techniki, nadążać za wiedzą teologiczną, filozoficzną i biblijną. Lubię mówić, że misjonarz musi być „na topie” – nie w sensie krzykliwych mediów, ale w sensie świadomości ewangelicznej – tego, w jakim kierunku idzie świat. Musi znać swoją tożsamość – że jest ochrzczonym, kapłanem, dzieckiem Bożym – i z tą pewnością wchodzić w inne kultury i ideologie.
Jak Ksiądz Biskup realizuje w swojej posłudze hasło „uczeń-misjonarz”?
Bycie uczniem i misjonarzem to dla mnie codzienność. Bycie uczniem oznacza świadomość, że Jezus nas powołał jako konkretnych ludzi i że Mu na nas zależy. To uczniostwo nas nobilituje, wywyższa przed Bogiem jako umiłowane dzieci. Daje mi to ogromną nadzieję, bo widzę, że Jezus ma do nas cierpliwość, taką samą, jaką miał do Apostołów – do Piotra, który się zaparł, czy Tomasza, który nie wierzył. On jest moją siłą i dopełnia moje braki.
Druga część tego hasła – bycie misjonarzem – wynika z bycia uczniem. Skoro się uczymy i „napełniamy” Chrystusem, musimy się tym dzielić. To proste: iść do ludzi i nieść im dobrą nowinę. Misjonarz nie może się zniechęcać brakiem natychmiastowych owoców. My siejemy, a efekty zostawiamy Bogu. Ta rola w nas dojrzewa wraz z modlitwą i zaangażowaniem.
Ksiądz Biskup doktoryzował się z tematyki piśmiennictwa misyjnego. Jaki wpływ na ewangelizację miały czasopisma w okresie międzywojennym?
To był niezwykły czas. Po 1918 roku, wraz z odzyskaniem niepodległości, nastąpił niespotykany rozwój polskiego zaangażowania misyjnego. Prasa tamtego okresu lansowała model misjonarza jako człowieka światłego, otwartego na inne kultury, a jednocześnie ambasadora sprawy polskiej na odległych kontynentach. Mówiono wręcz o „polskim geniuszu misyjnym”.
Dla ówczesnego człowieka, zwłaszcza z małych miejscowości, czasopismo misyjne było „oknem na świat”. Nie było internetu ani telewizji, radio było rzadkością. Ludzie czytali te pisma w grupach, przekazywali je sobie z rąk do rąk. Dzięki temu dowiadywali się o egzotycznej przyrodzie, florze i faunie, a jednocześnie angażowali się w pomoc, co owocowało licznymi powołaniami.
Czy można wskazać konkretne ramy czasowe tego „złotego okresu”?
Zdecydowanie jest to okres międzywojenny (1918-1939). Moje badania statystyczne wykazały, że ukazywały się wtedy 62 tytuły prasy, która zajmowała się misjami. Wśród nich 38 było w pełni misyjnych. Choć niektóre wychodziły krótko, to zjawisko było potężne. Dla porównania, w bibliografii po 1945 roku ks. Marcin Wrzos wymienia 33 tytuły. Mimo trudnych warunków poligraficznych i biedy w odradzającej się Polsce, to właśnie międzywojnie było czasem największego rozkwitu prasy misyjnej.
Maria Teresa Ledóchowska, Matka Afryki, genialnie wykorzystywała media. Czy jej metody są aktualne dzisiaj?
Dorobek bł. Marii Teresy i jej Sodalicji św. Piotra Klawera jest imponujący. W samym okresie międzywojennym Sodalicja w Polsce skupiała dziesiątki tysięcy współpracowników (zelatorów) – drukowała katechizmy w lokalnych językach, wykupywała niewolników, prowadziła działalność informacyjną i wychowawczą.
Sama postać bł. Marii Teresy jest niezwykła. Warto przywołać tu słowa kard. Sapiehy, który tak ją opisał: „Kto weźmie do ręki roczne sprawozdania Sodalicji i przejrzy sumy pieniężne oraz stosy artykułów drukowanych z roku na rok, kto oceni ogrom pracy przy gromadzeniu i rozsyłaniu tychże materiałów – ten pełen podziwu, uszanowania i wdzięczności stanie przed wielkim dziełem apostolstwa misyjnego, dokonanego delikatnymi rękami kobiety pełnej miłości i pełnej oddania w pracy misyjnej”.
Dziś także powinniśmy naśladować to łączenie pasji misyjnej z nowoczesną organizacją i mediami. Musimy angażować młodych ludzi, którzy znają współczesne trendy i wiedzą, jak zainteresować swoich rówieśników. Nie wolno nam bać się nowoczesnych środków przekazu.
Czy w dobie kryzysu czytelnictwa wydawanie prasy misyjnej ma jeszcze sens?
Tak, ale pod pewnymi warunkami. Nadal istnieje duża grupa odbiorców, zwłaszcza w starszym i średnim pokoleniu, która jest przywiązana do słowa pisanego. Kluczem jest jednak dopasowanie formy do współczesnej psychologii czytelnictwa. Nie chodzi o liczbę tytułów, ale o ich jakość i zawartość merytoryczną. Musimy badać rynek i mentalność współczesnego człowieka, by proponować mu treści, które go realnie zainteresują.
A jaki jest ulubiony tytuł czasopisma misyjnego Księdza Biskupa?
Odpowiem nieco dyplomatycznie: w różnorodności tkwi bogactwo. Każde z tych pism ma coś szczególnego, co wyróżnia daną grupę wydawców czy zgromadzenie. Mądrość polega na umiejętności szukania i wybierania tego, co w danym momencie nas buduje. Najważniejsze jest, aby ta prasa w ogóle do ludzi docierała.
Często mówi się, że młode pokolenie żyje w innym świecie niż ten „papierowy”. Jak dotrzeć do nich z tematyką misyjną?
To wielkie wyzwanie, by nie zamykać się we własnych schematach. Musimy otworzyć się na świat młodych i szukać wśród nich pasjonatów. Oni obcują z nowymi mediami na co dzień, znają trendy i wiedzą, co może zainteresować ich rówieśników. Powinniśmy odważnie angażować młodzież w sam proces tworzenia przekazu misyjnego – niech oni będą naszymi przewodnikami po cyfrowym świecie.
Jak dziś rozbudzać ducha misyjnego? To kluczowe pytanie, przed którym stoimy wszyscy, bo za misje odpowiada cały Kościół. Jakie drogi uważa Ksiądz Biskup za najskuteczniejsze w dzisiejszych realiach?
Uważam, że nasza działalność musi być wielopłaszczyznowa i przede wszystkim pozbawiona lęku. Po pierwsze, nie możemy ulegać dyktatowi świata, który wmawia nam, że pewne formy docierania się kończą lub że sami nie damy rady. Musimy odważnie otwierać się na nowoczesne media i szukać pasjonatów – szczególnie wśród młodych, którzy znają współczesne trendy i potrafią rozmawiać z rówieśnikami ich językiem.
Jednak obok techniki musi iść zwyczajna obecność. Szukajmy okazji do wspólnoty: rekolekcji, dni skupienia, po prostu bycia razem. Fantastycznym narzędziem jest świadectwo żywego człowieka. Proszę sobie wyobrazić grupę młodzieży, wśród której pojawia się misjonarz przebywający akurat na urlopie. On nie musi niczego narzucać – sama jego obecność i autentyczność budzą ciekawość i pytania. To są proste, a jednocześnie najskuteczniejsze metody duszpasterskie.
Na koniec muszę jednak podkreślić rzecz najważniejszą: wspieranie misji to przede wszystkim nieustanne oddawanie tej dziedziny Panu Bogu. Modlitwa, ofiara i głębokie zaufanie, że to dzieło należy do Chrystusa, a nie do nas – to jest fundament. My mamy jedynie wiernie wypełnić zleconą nam misję. Takie podejście daje nie tylko siłę, ale i wewnętrzny spokój.
Zobacz nasze inne aktualności