S. Teresa Roszkowska FMA jest polską misjonarką, jedną z czterech sióstr salezjanek, które wraz z matką Liną Chiandotto przybyły do stolicy Sudanu, Chartumu. Siostry salezjanki obecne tam były od 1989 do 2024 roku. Służyły także podczas wojny, która wybuchła w kwietniu 2023 roku. Siostra Teresa dzieli się swoim doświadczeniem tamtego bardzo trudnego czasu.

Sudański krzyk nadziei
„Jestem siostra Teresa Roszkowska, polska misjonarka salezjanka. Przybyłam do Chartumu w gronie pierwszych salezjanek. Od tego czasu doświadczyłam wielu przemian społecznych i kulturowych, wydarzeń politycznych, napięć i konfliktów. Po przyjeździe budowaliśmy wspólnotę w duchu dialogu międzyreligijnego, na rzecz pokoju i braterstwa. Wykształciliśmy tysiące dziewcząt i chłopców w naszych placówkach edukacyjnych. Nasz ośrodek „Dar Mariam” służył kobietom w różnym wieku. Uczyły się tam czytania, pisania oraz pracy w warsztacie krawieckim. Dzięki naszej pracy stały się bardziej świadome swojej godności. W naszej małej klinice pomagaliśmy najuboższym.
Hałas, który słyszymy, i dym, który widzimy z daleka, uświadamia nam, że w Chartumie i dużej części Sudanu wybuchła wojna. Zdenerwowani rodzice spieszą po dzieci do szkoły. Panuje wielki strach… Naszą pierwszą myślą jest organizacja domu, szkoły i ośrodka młodzieżowego tak, aby pomieścić tych, którzy wszystko stracili: zwłaszcza matki i dzieci, te najmniejsze i najbardziej bezbronne. Nie myślimy nawet o ewentualnej ewakuacji ani o porzuceniu naszej misji. Jesteśmy pewni, że pozostaniemy z naszymi ludźmi.
Po kilku dniach przybiega do nas wiele głodnych dzieci. Należą do około 300 biednych rodzin, które przed wojną mieszkały w chatach z worków i folii wokół naszego domu, a teraz ukrywają się w prowizorycznych schronieniach. Przygotowujemy posiłki z pomocą kilku matek, korzystając z zapasów ze szkolnej spiżarni, a dzieci zanoszą je w torbach i pojemnikach reszcie rodziny. Od czasu wybuchu wojny z powodu ciągłych bombardowań niemożliwe stało się przemieszczanie, a co za tym idzie – dostarczanie posiłków. Otwieramy więc nasze obiekty, aby przyjąć i ugościć około 700-800 osób (trudno je policzyć), które już nic nie mają. Na szczęście nasza studnia nadal działa i zapewnia wodę okolicznym mieszkańcom.
Nasz dom staje się również punktem tranzytowym dla wielu uciekających przed wojną. Zmęczeni i głodni zatrzymują się, aby nabrać sił, a następnie kontynuować ucieczkę. Od wczesnych godzin porannych pracujemy nad przygotowywaniem posiłków, organizowaniem wspólnego życia, sprzątaniem, a przede wszystkim modlitwą i organizacją zajęć, w tym lekcji szkolnych, gier, zajęć artystycznych i wielu innych, dzięki pomocy starszych dziewcząt i chłopców. Zawsze są jakieś niespodzianki, takie jak teatrzyk kukiełkowy, aby rozweselić dzieci. Dużo się modlimy. Żołnierze słyszą z daleka pieśni ku czci Matki Bożej, śpiewane przez wszystkich z wielkim zapałem. Każdy dokłada się do codziennej egzystencji, czasem przynosząc z wioski coś do ugotowania, zwłaszcza dla dzieci. Panuje atmosfera wzajemnego wsparcia i życzliwości, cicha i szczera hojność, naprawdę czujemy się jak w domu, choć kraj jest spustoszony przez brutalną wojnę.
Stan nadzwyczajny
Zabłąkane kule ranią wiele osób; w większości szpitali w Chartumie brakuje leków, lekarzy i transportu do szpitala. Dlatego rozpoczynamy posługę chorym i rannym. Codziennie około dwudziestu pacjentów i rannych trafia pod naszą opiekę medyczną. Nikt nie jest wykluczony z naszego Centrum, które przyjmuje chrześcijan i muzułmanów. Duża sala z cynkowym dachem, od lat będąca centrum modlitwy i kaplicą filialnej parafii, w ciągu dnia staje się miejscem wypoczynku dla biednych dzieci, a w nocy miejscem do spania. Przede wszystkim jest ekumenicznym centrum modlitwy, zarówno chrześcijańskiej, jak i muzułmańskiej, dużej, zjednoczonej rodziny, która może swobodnie wyrażać swoją wiarę w prostocie i zaufaniu. Wojna jednak zawsze jest straszna: małe twarze zwracają się ku nam, czekając na coś, ale… nic już nie ma. Jednocześnie doświadczamy dobroci i hojności ludzi, którzy przynoszą nam to, co mają. Nawet żołnierze z pobliskich koszar okazują wielką troskę o bezpieczeństwo nasze i uchodźców. Przychodzą nas odwiedzić, aby sprawdzić, czy mamy wystarczająco jedzenia, aby przeżyć, dzielą się z nami zapasami, prezentami dla dzieci, lekarstwami i dostępem do Internetu, aby utrzymać stałą łączność. My, salezjanki, doświadczamy, co to znaczy być biednym i potrzebującym wszystkiego – i co czują ubodzy. Uważam ten czas za błogosławieństwo, ze względu na to, czego uczę się od wszystkich, a w szczególności za łaskę „pozostania z ubogimi” przez szesnaście długich miesięcy.
Wybór pozostania

Na szczęście nie wiemy, że wszyscy misjonarze w Chartumie i gdzie indziej otrzymali już nakaz ewakuacji. Nie możemy zostawić ludzi w tej trudnej chwili, mówiąc: „Patrzcie, idziemy do lepszego miejsca, bo tu jest zbyt niebezpiecznie…”. Boża opatrzność, Jego opieka, poczucie bycia w Jego rękach… To wszystko nas podtrzymuje, wraz z pewnością, że całe zgromadzenie – jak często powtarza nam matka Chiara – jest z nami w modlitwie. To nasza wielka nadzieja: Bóg nie chce, aby ludzie ginęli w wojnach. Maryja Wspomożycielka chroni cierpiące narody, tak jak troszczy się o nas. Pomaga nam czuć swą obecność wśród nas, gdy odmawiamy różaniec, śpiewamy i zwracamy się do Niej. Dodają nam otuchy również wiadomości, które otrzymujemy, gdy nawiązujemy kontakt. Matka Chiara kontaktuje się z nami telefonicznie; chce rozmawiać z każdym: słucha, dając nam swobodę decyzji, czy wyjechać, czy zostać, o ile jest wystarczająco dużo jedzenia, aby przeżyć, i możliwość regularnego informowania o naszej sytuacji.
Jest nas pięć, cztery indyjskie misjonarki: s. Miriam Kalathipullathu, s. Teresa Manakalayatt, s. Celestina Phawa, s. Elizabeth Cyril – i ja. Postanawiamy zostać, łącznie z o. Jacobem Thelekkadanem SDB, którego obecność jest wielką łaską od Boga, ponieważ zapewnia regularne życie duchowe całej wspólnocie katolickiej. Udaje nam się nawet przygotować kilkoro dzieci do chrztu, wraz z ich matkami. Grupa starszych dzieci przyjmuje chrzest i Pierwszą Komunię w Niedzielę Wielkanocną. Tak więc życie toczy się dalej, pomimo bombardowań, które zmuszają, zwłaszcza najmłodszych, do ucieczki w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Udaje im się odkryć małą kaplicę domu i zapewniają się nawzajem, że bomby tam nie spadną. Pędzimy tam, choć w takich chwilach bardzo trudno się modlić: stoimy w milczeniu przed Eucharystią. Pewnego dnia bombardowanie niszczy cały teren wokół naszego domu, tak bardzo, że go nie poznajemy. Próbujemy odmawiać różaniec, ale ze strachu nie pamiętamy nawet Zdrowaś Maryjo… Jesteśmy zmuszeni pozostać w Centrum. Żołnierze z pobliskich koszar dbają o nas, dostarczając nam jedzenie i dostęp do energii elektrycznej.
Bomba
Rankiem 3 listopada 2023 roku bomba spadła na nasz dom, niszcząc werandę i kilka pokoi. W wyniku eksplozji duży obraz Maryi Wspomożycielki na dziedzińcu został doszczętnie spalony: byliśmy pewni, że Matka Boska chciała poświęcić się za nas wszystkich… Doświadczyliśmy namacalnie Jej cudownej opieki. Byli ranni, ale nikt nie zginął: Maryja Wspomożycielka chroni nas wszystkich. Kilka dni później kolejna bomba uderzyła w szkołę, niszcząc znaczną część budynku, ale, dzięki Bogu, nikt nie zginął. Sytuacja stała się niezwykle niebezpieczna, do tego stopnia, że konieczna była ewakuacja, którą podjęto w grudniu 2023 roku dzięki Międzynarodowemu Komitetowi Czerwonego Krzyża. Niestety, kierowcy autobusów, które miały zabrać nas i naszą rodzinę, zginęli w ataku w drodze po nas.

Ewakuacja
Sytuacja się pogarsza. Wielu udaje się uciec i nadchodzi nasz czas. Służba Wywiadu Generalnego armii rządowej informuje nas dwie godziny wcześniej i nakazuje, abyśmy absolutnie nikomu nie mówili, aby uniknąć wzięcia do niewoli przez armię wroga. Odprawiamy ostatnią Eucharystię i spożywamy wszystkie Hostie. 29 lipca o godz. 23.00, w bardzo ciemną bezksiężycową noc, nie mogąc pożegnać się z naszymi maluchami i ich matkami, my, Córki Maryi Wspomożycielki, salezjanie i dwudziestu obywateli Sudanu Południowego, wsiadamy na pokład dużej łodzi i kładziemy się, ubrani na szaro, aby wtopić się w tłum i uniknąć zauważenia przez armię rebeliantów strzelającą z drugiej strony Nilu. Musimy zachować absolutną ciszę, nawet jeśli jesteśmy przestraszeni. Płyniemy przez godzinę i pod wieloma względami czujemy, że Bóg jest z nami i nas chroni. Gdy docieramy na drugą stronę, żołnierze zabierają nas furgonetką do domu, abyśmy mogli odpocząć. Następnego ranka dają nam wodę i jedzenie, a po raz pierwszy od szesnastu miesięcy jemy trochę owoców i warzyw. Następnie, po dwudniowej podróży, zabierają nas do Port Sudan, nad brzegiem Morza Czerwonego, gdzie nie ma wojny. Po roku i czterech miesiącach napięcia, bombardowań i strzelanin, 4 sierpnia nasza grupa jest bezpieczna i wyraża głęboką wdzięczność sudańskim siłom zbrojnym za udaną ewakuację. Spotykamy inne sudańskie zakonnice i księży i otrzymujemy nowe paszporty, ponieważ poprzednie spaliły się podczas bombardowania. W końcu nadchodzi dzień, w którym możemy polecieć do Dżuby w Sudanie Południowym i spotkać się z inspektorką, s. Marie Dominique Mwema i innymi salezjankami, które witają nas wielką uroczystością wraz z dziećmi, młodzieżą i całą społecznością.
Jaka przyszłość?
Teraz idziemy z nadzieją. Wiemy, że wciąż jest wiele cierpienia, że ludzie wciąż umierają. Cenię sobie modlitwę maluchów i ich matek w tamtych dniach. Nie możemy rozpamiętywać bólu. Chartum przetrwa, a my wrócimy, by zacząć od nowa i opowiedzieć o niezwykłym doświadczeniu tych szesnastu miesięcy! Oczywiście, to zajmie trochę czasu, ale wrócimy do naszych młodych ludzi, mimo że tak wielu z nich nie ma już z nami, zostali zabici. Wielu wróci, by odbudować kraj. Mam w sercu ogromną nadzieję, że kiedy Sudan znów powstanie wraz ze swoimi mieszkańcami, będziemy z nimi, by budować nową przyszłość. Wędrowaliśmy z nimi przez prawie czterdzieści lat i widzieliśmy na własne oczy ich zaangażowanie w budowę wolnego kraju, ich naukę i codzienną pracę dla dobra wspólnego. To pokolenia, których plany i marzenia zostały całkowicie wywrócone do góry nogami w ciągu kilku godzin… ale oni nigdy nie zwątpili. Nadzieja w opatrznościowym i kochającym Bogu, który nigdy nie opuszcza, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, wspiera ich serca, umysły i ręce. W spędzonym razem czasie byliśmy świadkami wiarygodnego i ujmującego świadectwa wiary, nadziei i miłości, jakie ofiarowuje tak wiele osób wzywających Boga różnymi imionami: dar uśmiechu, gest przyjaźni, braterskie spojrzenie, szczera rozmowa, hojna służba – to namacalne znaki Opatrzności i owoce nadziei”.
www.rivistadma.org
Zobacz nasze inne aktualności